czwartek, 9 października 2014

Walka o ombre

Tak, tak, nastała w końcu ta wiekopomna chwila, w której zdecydowałam się na ombre. Tzn. około roku temu oczy zaczęły mi świecić, kiedy widziałam takie cuda na cudzych włosach, ale zaufany fryzjer powiedział "stopniowo, dekoloryzacja, długi proces" i odechciało mi się... Mój naturalny kolor to bardzo ciemny popielaty brąz, na którym niestety pojawiły mi się bardzo widoczne siwe (ekhm... białe) włosy, zatem od kilku lat farbuję się na czekoladowe brązy i pokrewne (no, może nie licząc epizodu z rudościami ;) ).
Pierwsze podejście do ożywienia moich monotonnych włosów opisałam tutaj. Efekt nie był daleki od zadowalającego, więc postanowiłam, że spełnię swoje marzenie sprzed roku i zafunduje sobie w końcu to ombre!
Uzbrojona w wiedzę płynącą z filmików instruktażowych, różnych blogów i doświadczeń moich koleżanek zabrałam się do roboty.
Na pierwszy rzut kupiłam rozjaśniacz Syoss 11-0, który zgodnie z zapewnieniami producenta ma rozjaśnić włosy do 6 tonów (bez miedzianych tonów).
Zdecydowałam się na niego, ponieważ dawno, dawno temu rozjaśniałam nim włosy pod rudą farbę i całkiem nieźle się sprawdził. 
Samo ombre robiłam zupełnie sama, co przy włosach do pasa nie było takie proste, ale jakoś poszło :) Nałożyłam rozjaśniacz na włosy do połowy tej wysokości, do której chciałam rozjaśnić włosy, po 20 minutach nałożyłam na resztę włosów już do tej właściwej wysokości i poczekałam 25 minut (łącznie 45, czyli tyle, ile jest maksymalnie dozwolone). Efekt był, cóż... Zobaczcie same:

 


Dramatu nie było, ale zdecydowanie nie było to, czego oczekiwałam. Plus tego taki, że końce nie były zniszczone.

Postanowiłam się jednak nie poddawać i drugą próbę podjęłam następnego dnia. Tym razem sięgnęłam po najtańszy rozjaśniacz, jaki znalazłam, czyli po Joanna Super Blond, który ma rozjaśniać włosy o 5-6 tonów.
Nakładałam go tak samo, jak ten poprzedni, czyli najpierw końce, a potem wyższe partie włosów. Zdjęcia niestety nie oddają dokładnie koloru, jednak wyszedł mi płomiennie rudy kolor, z którego byłam jeszcze mniej zadowolona niż z poprzedniego...





W myśl zasady "do trzech razy sztuka" postanowiłam pomęczyć ostatni raz moje włosy.
Wybór padł na Joanna Naturia, który rozjaśnia o 4-5 tonów.

Czas oczekiwania był dla mnie niemożliwy do wytrzymania, ponieważ obiecałam sobie, że tak jak teraz wyjdzie, tak już zostanie!
Tym razem udało się :)  Nie jest to co prawda taki kolor jaki sobie wymarzyłam, bo jednak wciąż jest rudy i za parę tygodni pewnie będę dalej kombinować, jednak jest zdecydowanie wyraźniejszy i nie tak płomienny jak w poprzednich przypadkach :)


Podsumowując:
robienie ombre na ciemnych (zwłaszcza farbowanych) włosach, to mega długi proces, zwłaszcza, jeśli chce się uzyskać jakikolwiek blond. Teraz próbowałabym raczej kąpieli rozjaśniających, chociaż moje włosy po 3 rozjaśnianiach w ciągu jednego tygodnia nie są jakoś mega zniszczone, ot - lekko się przesuszyły, ale szybko wracają do normy :)
A wy? Jakie macie doświadczenie z domowym rozjaśnianiem włosów lub ombre? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz